Rovinj, Rimini, San Marino, Padwa, Brno

Rovinj, Rimini, San Marino, Padwa, Brno

Jedna z moich ulubionych objazdówek. Tyle co ludzi poznałem, zwiedziłem trudno dokładnie opisać, ale powolutku na spokojnie. Początek oczywiście u kumpla w Martigues.

Etap pierwszy Rovinj.

Po prostu kocham to przepiękne miasto we Włoskim stylu, stoi na drugim miejscu za Lizboną. Wspaniała atmosfera, urocze uliczki, knajpki z owocami morza, port, skaliste wybrzeża, parki no po prostu cud !!! Wysiadłem z Flixbusa i na azymunt w stronę zaklepanego hostelu. Cholera dość kawałek pod górkę, upał, ale się doczłapałem. Na recepcji miła obsługa, dostałem przydziałowe łóżko w dość przestronnym pokoju z łazienką i 5 towarzyszami. Czysto, schludnie za 12 euro doba. Jak na to miasto dobra cena. Od czegoś trzeba zacząć więc podreptałem na recepcję z prezentem powitalnym (ziołowa Demanovka zakupiona po drodze) i zintegrowałem się z obsługą, kierownikiem i właścicielem obiektu, który akurat się zjawił. Graba, graba uśmiech i już poczułem się swojsko. Kimka i rano pierwsza ekskursja na miasto. W dół spokojnie, po drodze kilka piekarni z pachnącymi, prosto z pieca wyrobami no objadłem się jak smok. Spokojne zwiedzanko okolicy, zapoznanie się z areną działań, kąpiel w morzu, opalanko i powrót do hostelu. Plan ustalony : rano zwidzanko dokładniejsze, wieczorem na ryby ( kiedy jadę na południe zawsze mam przy sobie mały zestaw wędkarski ), szamka i odpoczynek na wygodnym krzesełku przed wejściem. No i ten ostatni punkt stał się przyczyną paru ciekawych znajomości i niewielkich problemów. Pierwszym towarzyszem był chłopak z rececpcji, przysiadł się i tak sobie gadamy o życiu. Okazało się, że lubi szachy, a ja choć marny gracz, ale poruszać się po planszy potrafię przystałem na grę. W czeluściach plecaka miałem zamelinowaną połóweczkę naszej wódeczki promującej mistrzostwa świata w piłce kopanej więc mnie z uwagi na nalepkę pokusiło ją przytargać. Na owej nalepce były nasze barwy, ale w szachownicę co przypominało raczej Chorwację. Kompan był uszczęśliwiony tym bardziej, że wywalczyli owego czasu srebrny medal. Zeszło nam do północka, ale w zamian otrzymałem nielimitowany dostęp do służbowej lodówki gratis, zawsze pełna po brzegi każdego rodzaju płynami. Kolejnymi znajomymymi byli młodzi ludzie w grupie międzynarodowej. Jeszcze mało kumaci podeszli się zorientować odnośnie tutejszych praw i zwyczajów. Pierwsze pytanie czy jak idą mogą śpiewać i pić piwko, odpowiadam, że nie spotkałem się z konsekwencjami takiego czynu i generalnie panuje tu luz przy zachowaniu odpowiedniej kultury. Ucieszyli się bardzo, kilka puszek do recyklingu poleciało i tyle. Kolejnym gościem przy stoliku była dziewczyna. Przysiadła się z słuchawkami w uszach i „czyta”. Tak zerkamy na się, więc jako człowiek dość kontaktowy pytam co słucha ? Ona, że książkę. Nie omieszkałem zauważyć, że książka musi mieć zapach farby, papieru inaczej to kicha. Roześmiała się i przeszliśmy do rozmowy. Okazało się, że jest z RPA i zwiedza Europę. Pomarudziła o licznych niebezpieczeństwach w jej kraju, rozruchach, rabunkach, prześladowaniu białych etc… Robiło się już późno, a ona wystartowała z hasłem, że jutro zaplanowała wycieczkę rowerową i czy się z nią zabiorę. Czemu nie, miła, ładna więc przystałem. No i to był błąd ! Wytargała mnie do Puli na zwiedzanie jednego z największych i najlepiej zachowanych colloseów na świecie. Wystarczy, że powiem : 30 kilosów w jedną stronę na upale i drogą góra-dół. Po powrocie dooopa mnie tak bolała, że nie wiem jak co. Podziękowaliśmy sobie, a ja jak później ją widziałem uciekałem jak najdalej czyli z wędką do portu. Tam na spokojnie mrożone sardynki, ciężarek 100-200 gram i święty spokój. Łowiłem przesmaczne Dorady, które sobie przysposabiałem na posiłek. Jednego wieczora brania były wyjątkowe, moim łupem padło 9 dorodnych ryb. Dla mnie za dużo to wymyśliłem, że przygotuję dla mieszkańców hostelu elegancką kolacyjkę. Od rana przygotowania, mycie, patroszenie, marynowanie w soli, pietruszce i cytrynce. Pod wieczór folia , masełko, pietrucha, zioła do środka, sól, pomidorki koktailowe i do pieca. Gdy już dochodziły rozpuściłem wici na recepcji, że zapraszam na degustację. Zjawiła się cała obsługa z kierownikiem na czele, kilku gości międzynarodowych. Razem 11 osób. Ryby dość spore więc każdy się z pieczywkiem najadł. Zaproszeni nie w ciemię bici przynieśli „prezenty” i mamy pełną integrację w kilku językach, co oczywiście nikomu nie przeszkadzało. Wynik możliwy do przewidzenia. Od rana wszyscy z kawą, ale już przyjaciele, kuchnię ktoś posprzątał, a ja w ramach podziękowania dostałem 5 dni gratis pobytu z dostępem do wszystkiego. No i super, bo tak generalnie nie zwiedziłem jeszcze wszystkiego dokładnie, wycieczki na obserwację delfinów nie zaliczyłem. Z łowienia ryb już zrezygnowałem. Na początek spacer do kościoła św. Eufemii patronki miasta. Idziemy urokliwą, brukowaną drogą po bokach uliczki i budynki niczym w Wenecji. Liczne sklepiki z lokalnymi wyrobami jak oliwa, lawenda pod każdą postacią, magnesy, mydełka, olejki eteryczne i tym podobne. Po dojściu warto zwiedzić kościół, poznać legendę i pokłonić się przed sarkofagiem Eufemii. Po wejściu na dzwonnicę mamy przed sobą wspaniały widok na okolicę. Kolejną rzeczą, którą koniecznie trzeba zobaczyć jest przylegający do morza park narodowy i przepiękny park miejski do którego spokojnie można dojść na piechotę. Idziemy drogą asfaltową dla leniwców lub wzdłuż wybrzeża gdzie co chwilę są miejsca dla godnego odpoczynku i kąpieli. Chętni mogą się wybrać na morską wycieczke celem obserwacji delfinów lub połowu tuńczyków (takie małe , coś w stylu Bonito). Aby doznać satysfakcji potrzeba trochę szczęścia. Ja wybrałem się na delfiny. Po godzinie trafiliśmy na miejsce gdzie stało już z 10 podobnych stateczków i brakowało tylko tych sympatycznych ssaków. Na szczęście mieliśmy kumatego kapitana, który szybko zwinął kitę i popłyną w stronę naszego portu, a tam jak znalazł butlonosy dały piękny popis swych umiejętności. Koniecznie muszę wspomnieć o lokalnym jedzeniu w restauracyjkach. Ceny do przyjęcia jak na to miejsce. Wszędzie dostaniemy typowe włoskie potrawy, owoce morza do wyboru i koloru. Najbardziej godnym polecenia jednak jest „Odojak” czyli pieczone na ruszcie prosię. Na wyżerkę trzeba się zapisać, każda restauracja piecze w inny dzień, chętnych masa więc rezerwacja konieczna. W ustalony wcześniej dzień zawitałem w progi bardzo sympatycznej restauracji. Poprosiłem o zamówioną porcję mięska, pieczone ziemniaki i surówki. Zaznaczyłem, że mam niewielką pojemność i proszę o porcję dziecięcą. Taaaaa jak piękna Chorwacka kelnerka wrzuciła mi zamówienie na stół to nogi się ugięły, moje i stołu. No nic zaczynamy walkę, padłem i zapakowano mi resztę na wynos. Było smacznie, nawet bardzo, atmosfera rusztu, gdzie kręci się prosiak, rośliny obrastające patio, obsługa no plus plus plus.

Jak będę w okolicy zawsze tam wrócę, powtórzę to jeszcze raz KOCHAM ROVINJ !

Etap drugi Rimini.

Generalnie nie wiem po jakie diabły mnie tam poniosło, ale nazwę słyszałem wielokrotnie od znajomych, rekalamach wyjazdów wakacyjnych więc nie mając pomysłu wsiadłem w autobus i jestem. Nocleg zaklepałem w hostelu „Słonecznik” z uwagi na nazwę. Nad ranem wysiadłem gdzieś na zad…. , sprawdziłem trasę i idę. Jako, że pora była dość wczesna , na kwaterunek nie liczyłem, udałem się w kierunku portu rybackiego. Okazało się, że wybór dobry bo akurat przypływały łodzie, stateczki z połowów. Takiej ilości i różnorodności frykasów nie widziałem nigdy. Mule, Jakubki, Sercówki i kilka gatunków innych mięczaków nieznanych mi z nazwy. Langustynki, kraby, krewetki no i wiele dziwnego rybnego przyłowu. Zakupów nie robiłem bo sprzedawali skrzynkami, a odbiorców bardzo dużo. Z portu mijając kotwiczną statuę dotarłem do pieszczystej plaży czekając na wschód słońca, który mnie nie zawiódł. Jak słoneczko już zagościło wyżej zastukałem w drzwi mojego miejsca noclegowego. Obiekt dość kompaktowy, przy recepcji kuchnia i bar z trunkami, przegryzkami, sprzętem grająco-oświetleniowym. Pani z recepcji przydzieliła mi łóżko wręczając klucz i paczkę nasion słonecznika. Pokoik 4 osobowy, ciasny, ale łazienka była. Rozpakowałem niezbędne rzeczy czyli klapki, okulary, koszulkę i gacie. Lekki odpoczynek na piętrze wyrka, a w międzyczasie do pokoju ładują się 2 dziewczyny, na oko studentki, z wyraźnymi oznakami celu pobytu w Rimini. Pochodziły z Francji i Szwecji, wiecznie się śmieją i gadają. Fajnie jest myślę będzie wesoło. Chwilkę później 3 laska, Włoszka. Ta dla odmiany cicha i z miejsca zrobiła sobie parawan na łóżku. Kobitki jak to kobitki zaczęły z niej drzeć łacha, ale co mnie to obchodzi. Szkoda, że nie zauważyłem na zamówieniu uwagi : pokoje koedukacyjne. Damy radę. Pierwszy zwiad. Masa dyskotek, barów wzdłuż plaży, sklepy, sklepiki i budzący się do życia amatorzy rozrywek. Widać, że raczej brak chętnych, którzy by wskazali interesujące miejsca nie licząc knajp. Zakupiłem w kiosku mini przewodnik i mocząc nogi w ciepłym morzu ustalam cele. Nawet nie jest źle. Miłośnicy sztuki filmowej Felliniego mają co tu zwiedzać. Jako, że wieczorek się zbliżał wróciłem do „Słonecznika”, usiadłem przy piwku z krzyżówkami w ręce i odpoczywam. Obok czuję wzrok na sobie, a to dość spory gekon wylazł z murku i mnie obserwuje. Lubię zwierzęta więc jego widok mnie ucieszył. Na ulicy chichot i głośne gadanie, poznałem – to moje kumpele wracają z miasta. Napadły mnie i coś tłumaczą. Ich znajomość angielskiego, podobnie jak moja czyli turystyczna, Szewdka płynnie, ale to niewiele zmieniało bo potok słów rwał niczym Dunajec. Jak się zmęczyła żabojad i ja odczekaliśmy, aż złapie oddech i spokojnie powie o co jej biega. Okazało się, że zaraz jest karaoke i jak są trzy osoby to biorą piwo, a za jedno się nie płaci. Oszczędność oczywista. Dziewczyny poleciały się przebrać, wylać na siebie wiadro pachnideł i po godzinie były na dole. Zaczynamy imprezę, muzyka leci, ludzie z każdym piwem się rozkręcają i drą japy głośniej, a talentem nikt się nie przejmuje. Moje panny również po 2 kolejce stanęły do walki z mikrofonem, ja jeszcze nie ten etap, aby dać się wkręcić. Zgodnie z rachunkiem każde z nas zamówiło po 2 kolejki, polskiej muzy nie mieli, a z Felicitą nie miałem ochoty się zmagać. Kobitki z leksza zmiękły w kolanach wię odtransportowałem je do łóżek. Budzimy się, wybieram się uczciwie do łazienki, a ta zajęta. Olśnienie jedna w środku, 2 czekają jestem bez szans !!! Odwiedziłem przybytek przy barze i ucieczka na plażę. Słoneczko dawało ostro więc spokojnie po szybkim posiłku zwiedzanie. Udałem się wzdłuż rzeki Marecchia w kierunku dawnej bramy miasta. Tutaj doznałem lekkiego szoku. Przy obu brzegach jadna przy drugiej zakotwiczone łodzie, ścigacze, jachciki itp. Tak na 100 metrach kilka zatopionych, którymi się nikt nie interesuje, a trasa ma z 3 km. Dziwna sprawa. Na końcu deptak wspaniały łuk triufalny Augusta, jeden z nastarszych ocalałych i w bardzo dobrym stanie. Pochodzi z 27 roku p.n.e. Wracam do siebie, oczywiście panienki już gotowe i czekają na mnie. Co się dzieje pytam ? Idziemy się zabawić, dawaj z nami. Z poczucia obowiązku i ciekawości komponuję się pomiędzy towarzyszkami udając się w bliżej nieokreślonym kierunku. Dyskotek nie cierpię, wiek nie ten, ale usiadłem przy stoliku, a zaradne dziewczyny wyciągają bileciki na darmowe szoty, dostałem dwa. Postanowiłem robić za przyzwoitkę, czy coś podobnego i siedzę obserwując towarzystwo. Szoty paskudztwo, lód z farbakami i cóś w śladowej ilości dolane. Czas mija, głowa mi pęka, kilka razy na parkiet mnie zaciągnięto, masakra. Dobrze po północy nareszcie łóżko. Z rana ponownie plaża i powrót do równowagi energetyczno-emocjonalnej. Sił, ani ochoty na zwiedzanie brak. Tylko plaża, morze i tak do wieczora. Z pewną dozą niepokoju zaglądam do pokoju, ale blondynek brak, tylko Włoszka z książką, zagaduję – już wyszły czy jeszcze nie przyszły. ? Ta z dziwną miną odpowiada, że mnie szukały, ale poszły. Ulga niemiłosierna, krzyżówki, znajomy gekon i herbatka. Rano pierwszy do łazienki, babiniec śpi i w długą. Kierunek muzeum Felliniego. Jak się można było spodziewać masa zdjęć z planów, portrety aktorek, plakaty. Doczytałem się, że niedaleko jest hotel „Grand” gdzie miał swój stały apartament. Warto zobaczyć, zderzenie z solidną bramą i informacją, że wstęp tylko dla zameldowanych. Hmm patrzę na trawnikach eleganckie namioty, porozkładane stoły ludze ubrani jakoś tak staroświecko. Film kręcą, czy tu taka elegancja ? No to kombinuję, boczną bramą co chwilę auta z jakimś towarem się pakują. Szybka przyczajka, szybkim krokiem do wejścia. Padłem przy pierwszym schodze na pięterko. Grzecznie, acz stanowczo poproszono mnie o opuszczenie terenu hotelu. Czasu w diabły, a na plażę nieprzygotowany więc się szwędam. Trafiłem na dworzec autobusowy czytam kierunki, a tu San Marino ! Problem rozwiązany, idę coś przekąsić, połazić po porcie i do gekona. Koleżanki lekko sponiewierane przez los siedzą przy kawie, dziwna cisza, tylko cześć. Zabrałem pisadło, łamigłówki i z piwkiem się dosiadłem. Oczywiście wcześniej zapytałem czy reflektują, ale entuzjazmu brak.

Etap trzeci San Marino.

Pierwszym autobusem o nieprzyzwoitej porze dojechałem do ponóża tego przeciekawego państwa-miasta. Obok przystanku spora restauracyjka, krzesła nogami do góry na stołach i jakiś młodzian z mopem. Grzecznie pytam czy można jakąś kawę, śniadanie, a on z energią zółwia lądowego tłumaczy, że o 7 rano wszystko śpi i państwo dla turystów jeszcze zamknięte 🙂 Wyszła jakaś pani i po swojemu o coś pyta. Jakoś się dogadaliśmy, że chcę tylko kawę i proste śniadanie, byle co. Chwila moment stała kawa i pachnąca jajecznica. Wzmocniwszy się kiedy wybiła właściwa godzina wspinaczka do bram miasta. Na wejściu kasa, informacja co do zwiedzania, za ile. Bilet bardzo ładny, taka karta bankomatowa z ładnym obrazkiem. Wybrałem wariant średni bo pełny z uwagi na stopień trudności wdrapania się na najwyższą wieżę mi się nie uśmiechał. Dwie pozostałe wieże wydały się być bardziej dostępne, a widok z każdej taki sam. Całe państwo otoczone jest średniowiecznym murem, w rogach trzy twierdze z wieżami. Uliczki brukowane, wąskie, urokliwe i zawalone sklepikami, knajpkami. Bardzo ciasno czasami. XIX wieczna katedra z prochami św. Maryna, skromny parlament i tyle. Pochodziłem, zjadłem polecony przez kelnera przysmak (nie wiem co to było, ale zjadliwe, takie jakby naleśniki wytarwne, krokiet…). Z ciekawości pytam gdzie mają boisko do piłki, a ten od razu uśmiech i tłumaczy, że we Włoszech i tam trenuje ze 2x tygodniowo reprezentacja. Nieźle, listonosz, kelner, nauczyciel i Bóg wie kto jeszcze. Opuszczam San Marino, które spokojnie w 3 h obeszłem.

Etap czwarty Padwa.

Zawsze jadąc w dłuższe trasy wybieram porę nocną, aby dzień spędzić w mieście, które na niej leży. Tym razem wracając do Polski zatrzymałem się w Padwie. Jak więszość Włoskich miast tego typu musi być na trasach naszych wojaży. Orientacja łatwa, komunikacja miejska sprawna. Tramwajem dojechałem w pobliże starego miasta i z planem w ręku ruszyłem. Plac centralny, na fasadzie Palazzo del Capitanio piękny zegar, knajpki po rogach gdzie można spokojnie napić się kawy co uczyniłem. Wędrując w kierunku najstarszego ogrodu botanicznego na świecie , wpisanego na listę UNESCO idziemy średniowiecznymi, renesansowymi ulicami, cień dają arkady. Szybki podjazd tramwajem i jesteśmy przy kasach do ogrodu. Dla miłośników przyrody perła w koronie. Trzymając się trasy podziwiamy wspaniałe okazy drzew ( pomnikowy okaz liczącego ok. 2000 lat, najstarszy w Europie), rabaty z bylinami, kępy kwitnących krzewów, sadzawki z roślinami wodnymi. Ciekawostką jest, że tutaj powstawały współczesne formy warzyw, owoców znanych nam wszystkim jak pomidor, ziemniaki i wiele innych. Trawniki gdzie spokojnie można poleżeć niczym pola golfowe. Centralnym punktem jest nowoczesna palmiarnia z wspaniałymi ekspozycjami roślin tropikalnych, sukulentów, storczyków etc. Z dotychczasowych, które oglądałem najładniejsza. Nie omieszkałem podwędzić kawałek wanilii, która do dzisiaj zdrowo rośnie u mnie w domu. Tuż za ogrodem mamy bazylikę św. Antoniego. Pomimo, że jest największym kościołem w Padwie nie nosi tytuł głównego. W samej bazylice brak obrazów i fresków najsłynniejszych włoskich malarzy, ale zawiera słynne miejsce kultu grób św. Antoniego Padewskiego. Kolejka celem oparcia głowy o kamień, modlitwę u jego stóp niemiłosiernie długa. Doczekawszy się dotykamy dłońmi kamiennego sarkofagu, który emanuje ciepłem. Mocno wierzący czują jego moc i świętość. Nie mogłem się dowiedzieć czegoś więcej o tym fakcie z opisów pytam pana pilnującego turystów i regulującego „ruchem”. On z delikatnym uśmiechem czystą angielszczyzną odpowiada, że wiara jest wiarą, a faktem jest, że cały dzień ludzie trzymają na kamieniach ręce więc się nagrzewa, rano jest zimny. Podziękowawszy poszedłem dalej podziwiając romańsko-bizantyjską architekturę. Przed katedrą straganów jak w Częstochowie, ceny dewocjonaliów i magnesów podobne. Jako, że jeden dzień to mało więc galopem wracam na stare miasto zwiedzić uniwersytet utworzony w 1222 roku przez profesorów , którzy opuścili Bolońską uczelnię. Tym samy stał się drugim w Europie, a piątym na świecie przybytkiem nauki.  Z Polaków jego słuchaczmi byli między innymi M.Kopernik, J.Zamoyski czy J.Kochanowski. Niestety zapomniałem, że to wakacje i szacowna uczelnia zamknięta więc jedynie wejscie z freskami i plac za nim. Nie udało się już zwiedzić kościołów z dziełami Donatella, Tycjana czy miejsca spoczynku Łukasza Ewangelisty. Czas w Padwie minął, ale z pewnością tam wrócę.

Etap piąty Brno.

To już zupełny przypadek . Nasz autobus z Włoch niestety uległ awarii. W zastępstwie firma na szybko podesłała złom z Czech. Jedziemy. W Brnie krótka przerwa więc wysiadam na papieroska i szybki zakup wody, orzeszków, paluszków, a stoję 50 m od autobusu. Płacę, odwracam się , a tu tył mojego transportu z całym moim dobytkiem wewnątrz. No klapa na całego. W ręce tylko telefon z padającą baterią i puste kieszenie. Mogę za bilet zapłacić online tylko bank przy potwierdzaniu życzy sobie mojego numeru klienta na stronie. No i jazda się zaczyna, telefon zdechł, Czasi tak „uprzejmi”, że nigdzie nie pozwalają doładować, ale sytuację ratuje Rom , u którego kupowałem wodę. Bez problemu daje się podłączyc. Czas na dyskusję z Panią w banku, ale wydaje się bezcelowa. Wysyłam mamę , aby potwierdziła, że ja to ja i niech do cholery daje ten numer. Po trójstronnych pertraktacjach otrzymuję go i bilet na następny dzień z rańca kupiony. Telefon do kolegi, aby zabrał moje rzeczy od uciekiniera i luz. Czeka mnie Brno by night. Całe szczęści, że miasto długo nie śpi więc nudy nie było. Przy okazji zwiedziłem starą cześć miasta. Wszystko ładnie oświetlone, w uliczka ściskające się parki, tu i ówdzie zalany facet wraca do domu czyli normalnie. Generalnie nie mam za złe kierowcy, że mnie zostawił bo zaliczyłem kolejne miasto i pozostały nawet miłe wspomnienia.

Koniec tej objazdówki.