Będzie to pierwszy wpis z archiwów podróży. Zacznę od wycieczki na „wariackich papierach” kompletnie bez wstępnego przygotowania i planu. Jak to najczęściej bywa rozpoczyna się w Marsylii, a dokładniej Martigues. Bardzo ładne, spokojne miasteczko nazywane Wenecją Prowansji leżące praktycznie na wyspie do, której prowadzi most zwodzony nad kanałem. Często stanowi ono bazę przesiadkową, odpoczynkową, mieszkam u przyjaciela Bogdna, którego poznałem w sieci. O Martigues opowiem w osobnym wpisie.
Po paru dniach pobytu napadło mnie na zwiedzenie Lizbony, a że nie lubię kombinować z miejsca udałem się na dworzec autobusowy w Marsylii i obczajałem transport. Akurat stał spóźniony kurs, ale do Madrytu. W sumie po drodze i tam po 2 godzinach miałem przesiadkę do Lizbony, czyli wszystko gra, prawie … Nagle przy autobusie policja, tajniacy i pies nurkujący w bagażach. Obczaił coś no i kontrola pełna. Jedna torba zalatywała marychą więc kontrola szczegółowa ok. 1 h. Na tapetę dziewczyna i jej bagaże. Na szczęście nic nie znaleźli, a w autobusie powiedziała, że dzień wcześniej była u niej fajna impra 🙂 . Jedziemy z godzinnym opóźnieniem i wszyscy co do Lizbony męczą kierowcę czy zdążymy na Lizbonę (połowa autobusu). Widoczki za oknem średnie. Wypalone słońcem trawy, spalone przez ogień całe połacia krzewów, niewysokich sosen. Co jakiś czas kierowca robi przerwę przy barze jak z westernu. Kawka, papieros, banan na twarzy, pełny luz. My na zegarki już 1.5 h opóźnienia ! Zdążymy ? Kierowca odpowiada spokojnie, da radę.
Dzień pierwszy.
Pełni zaufania na przedmieściach Madrytu z półgodzinnym zapasem. Pech chciał, że Madryt to duże , przemysłowe miasto z korkami na ulicach. Finisz to pół godziny po czasie, czyli kicha. Biegiem na dworzec z nadzieją, że zaraz następny i firma nam zamieni bilety i przeprosi. Niestety to była sobota, Pani w okienku nic nie wie i każe dzwonić do firmy, która nie pracuje. Co zrobić , było nas z 20 osób i wszyscy rura do kasy kupić bilet na następny kurs. Autobus nie z gumy, miejsc nie przybędzie. Załapałem się na poniedziałek wieczór. Generalnie jest ok, ciepło, ładne trawniki no czas na zwiedzanie spadł jak z nieba. Zaczynamy od obejścia, market jest, palmy, transport publiczny, papugi latają to zalegamy na dworcu. Tu niespodzianka … Bardzo miła Pani policjantka podchodzi „Hola” dworzec zamknięty od 22.00 do 6.00, więc jednak trawnik. Nocka spokojna, cisza i ciepło. Rano pobudka, szybka szamka no i poszukiwanie miejsca z papierosami. Kolejna wtopa. W okolicy brak, najbliższy na dworcu kolejowym, ze 2-3 km piechotką. No to dreptam. Sam dworzec bardzo ładny z dużą oranżerią, sklepami, sklepikami itp. Czynny też od od 6.00 – 22.00. Papierosy są, temperatura szybko rośnie więc mały bar i piwko z talerzem zagrychy (na śniadnie by starczyło) cena 7 euro. Wracać nie ma potrzeby więc kierunek centrum. Wielkie rondo otoczone wszelkiej maści hotelami, urzędami itp. Bliski spacerek do Ogrodów Królewskich. Gorąco … Ogród praktycznie też wypalony słońcem, zero kwiatów, zieleni (no drzewa, iglaste głównie) , zaczyna być nieciekawie, nie ma się czym już pocić. Trafiłem do pawilonów z tropikalnymi roślinami. Fajerwerków brak, stare, małe. Generalnie nic ciekawgo, ale się nawodniłem 🙂 . Sama aleja do ogrodów i muzeum Prady bardzo ładna, szeroka. Na każdym drzewie stada papug (Mnichy), tam gdzie gniazda metalowa szeroka obejma, aby koty nie dokuczały. Zmęczyem się, wszystko piechotką. Powrót już autobusem. Lekko oklapły dotarem na dworzec, oczywiście zmian 0 więc trawniczek, woda papierosek. Przyplątało się 2 chłopaków z Afryki Zachodniej. Arabowie i tylko w tym języku gadali. Jakiś podrzędny klub ich sprowadził, dolecieli do Madrytu skąd miał ich zabrać BUS. Oczywiście nikogo nie było, a bidoki bez grosza. Z translatorem jakoś nam poszło, papierosy wymieniłem na trawkę (bardzo marna), ale nić znajomości się nawiązała. Nocka na trawniku spokojna. O 6.00 włączyły się spryskiwacze (budzenia nie załatwiałem) więc szybka ewakuacja.
Dzień drugi.
Napaść na market celem uzupełnienia poziomu cukrów i wody. Zakupy skromne z parę euro, ale dla mnie, aż za dużo. Poczęstowałem ciachem chopaka, podzielił go na pół (kolega poszedł ładować telefon) i część zostawił drugiemu. Widać, że głodni jak diabli. Zabrałem ich do marketu, niech sobie coś wezmą na śniadanie. Wybrali za niecałe 10 euro suchych ciastek, 2 małe wody i coś tam jeszcze. Nie mogli się nadziękować. Słoneczko wstaje szybko, temperatura rośnie. Przelotny deszczyk, który w minutę odparował. Zaczyna się. Profilaktycznie już autobusem na główny plac (rondo) i kierunek Muzeum Prado, jedne z największych na świecie ze zbiorami obrazów europejskich. Bilet kupiłem online, ominięcie kolejki. No to wchodzę do wspaniałego przybytku kultury. Ogrom muzeum, jego zawartoś przytłacza na całego, a szczególnie takiego laika jak ja. Malarstwo Velazqeza, Goi, El Greco, Tycjan, Boscha i innych starych mistrzów holenderskich. Są również pojedyncze dzieła Dali, Rubensa itd… Dwie godziny zwiedzania. Nie sposób wszystkiego zapamiętać, a zdjęcia nie zrobisz. Cała masa strażników, pracowników. Z lekkim mętlikiem w głowie spacerek po okolicy, katedra, pomniki, urokliwe uliczki. Wracamy piękną aleją do ronda omijając ogrody szerokim łukiem. Ponownie dworzec, małe sprawunki i piwko. Koledzy dalej kwitną i nie wiedzą co robić. Wyprosili 5 euro na telefon, aby zadzwonić do klubu. Jak się ich historia skończyła nie wiem. Kierunek przystanek i ruszamy w kierunku Lizbony.